Kategorie: Wszystkie | Film | Gry | Książka | Muzyka | Teatr
RSS
czwartek, 17 marca 2011
Gry, które kształtowały gatunek FPP

1. Wolfenstein 3D

Jedna z pierwszych gier tego typu. Grało się w nią na informatyce, na czarno-białych monitorach i odpalało z norton commandera. To były niezwykłe czasy i nikt wówczas jeszcze nie przypuszczał, że za 10-15 lat gry będą wyglądały tak jak dzisiaj.

W "Wolfie" nie można było patrzeć w górę i w dół. Nie było takiej potrzeby, bo wszystko znajdowało się na jednej płaszczyźnie. W dodatku żadnego znaczenia nie miał fakt czy celujemy przeciwnikowi w nogę czy w oko.

 

Co zawdzięczamy wolfensteinowi?

Przede wszystkim gatunek. To Wolf jest ojcem FPP.

 

2. DOOM

Propozycja nr. 2 to oczywiście DOOM, który na długo stał się wzorcem. Zanim powstał termin FPP (First Person Perspective") używano nazwy "gry doomopodobne".

Wielu może wspominać długie noce spędzone przy komputerze z gaciami pełnymi... strachu.

Co zawdzięczamy doomowi?

W grze pojawiły się skośne ściany i schody. Nadal nie ma możliwość celowania w górę i w dół, ale różnice poziomu urozmaicają rozgrywkę.

No i oczywiście kosmiczną rozpierduchę, która pojawi się w wielu grach następnych generacji.

 

3. Duke Nukem 3D

Duke był szokiem dla wielu. Nie chodzi tylko o to, że grafika była super-realistyczna, a lokacje nie były bezsensowną plontaniną tuneli...   Duke Nukem skopał wszystkich po jajcach i zostawił zwiniętych w pozycji embrionalnej.

Co zawdzięczamy Duke Nukem 3D ?

Lista rzeczy, które gatunek FPP zawdzięcza DN3D jest długa. Najważniejsza z nich to multiplayer, który zapewniał 100 razy lepszą zabawę niż single i sprawiał, że bardzo chętnie chodziło się na dodatkowe zajęcia z informatyki do szkoły.

Ponadto można już celować w górę i w dół.

 

4. Quake

Quake to w zasadzie pierwszy shooter FPP, w którym uświadczyliśmy grafiki 3D. Postaci nie były już tylko ruchomymi bitmapami o animacji składającej się z 5 klatek na krzyż. Teraz były to trójwymiarowe, polygonowe bryły obciągnięte teksturą, co sprawiło, że animacja była liczona w czasie rzeczywistym i super płynna.

Co zawdzięczamy Quake?

Poza real-3D przedewszystkim boom na deathmatch. Ludzie łupali na modemach płacąc ogromne rachunki za telefon. Pojawiły się pierwsze klany i zawody. Totalne szaleństwo. Temat został potem rozwinięty w Quake II, a Quake III Arena nawet w trybie single polegał na walce z botami.

 

5. Half-Life

Quake II nieśmiało próbował stworzyć jakąś akcję. Szczątki fabuły. Nie przechodziliśmy kolejnych leveli, ale byliśmy w kosmosie i penetrowaliśmy bazę obcych. Half-life poszedło 100 kroków dalej. Fabuła jest doskonale napisana, porywająca i przypomina film. Bohater komentuje radośnie jak Duke ani nie jest superbohaterem jak w Quake. Jest zwykłym facetem, który pewnego dnia przychodzi do pracy i zastaje tam niezły burdel. Pojawiają się przybysze z innego wymiaru oraz wojsko, które chce wyeliminować przybyszów ale i wszystkich świadków. W tym Ciebie i Twoich współpracowników.

Co zawdzięczamy Half-Life?

W końcu twórcy strzelanek FPP zrozumieli, że fabuła jest równie istotna jak arsenał broni i ilość elementów, na które rozwala się ciało przeciwnika po strzale z bazooki.

Pojawia się także możliwość kooperacji z niektórymi postaciami (naukowcy, strażnicy).

 

6. Call Of Duty

Seria COD nie powstałaby gdyby nie "Szeregowiec Ryan" i epokowe odkrycie twórców gier FPP - fabuła (patrz. Half-Life).

Twórcy COD chcieli pokazać wojnę i gracza jako jednego z wielu żołnierzy na niej walczących. Fabuła niemal w filmowym tempie przenosi nas od jednego szturmu budynku do obrony barykady przed czołgiem. Wokół trwa walka, świszczą kule, trup się ściele...  to już nie jest prymitywny Wolf. Tutaj wszystko jest jak naprawdę.

Co zawdzięczamy Call Of Duty?

Realizm. Przede wszystkim realizm, który wynika z dopracowania takich elementów jak fabuła, akcja. Biegniemy w tłumie innych, widzimy jak granat z moździeża urywa koledze nogę itp.

 

Ciąg dalszy nastąpi...

piątek, 28 stycznia 2011
Fallout 3

Fallout 3Pamiętam jak wielki, swego czasu, wywołała u mnie szok gra Half Life. Nie chodzi o to, że ta gra mi się podobała. Po prostu czułem się Gordonem Freemanem, facetem w średnim wieku, w okularach, który ma cholernego pecha...

Nie wiele było gier, które spowodowały, że siedziałem przed komputerem o 3-4 w nocy tylko po to, by bardziej się bać. Właściwie nie przypominam sobie żadnej. Nawet sequel był jedynie marną namiastką.

I w ten oto logiczny sposób zmierzamy ku grze Fallout 3, która w poprzednich wcieleniach była izometrycznym RPG`iem, a obecnie stanowi dużo ciekawsze połączenie gry akcji z perspektywy pierwszej osoby z grą role playing na modłę Obliviona. Wiem, że niektórzy uznają to za herezję, ale... na prawdę dopiero teraz mi się to podoba.

Fallout 3 - za przeproszeniem - kopie dupę. I to na całej linii. Pomijając grafikę i pewną chorobę dotyczącą wielu gier ("kopiuj-wklej"), jest to jedna z najciekawszych pozycji ostatnich czasów. A na prawdę... spędziłem dziesiątki godzin przy COD Modern Warfare, którą uważam za ósmy cud świata. Fallout 3 jest lepszy.

Rzecz w tym, że teraz widzimy świat z perspektywy pierwszej. Uczestniczymy w akcji. Podobnie jak w Half Life, faktycznie trafiamy do świata gry. I nie wystarczy odejść od komputera, wyłączyć go od prądu. Ta gra jest nadal z nami. Zasypiamy kombinując jak tu przejść jakiś fragment, zaliczyć questa, zdobyc nową broń... Nie zrozumie tego byle fan strategii.

A questów jest cała masa. I wielkim plusem jest fakt, że nie trzeba ich robić. Za pierwszym razem przeszedłem Fallout 3 w ciągu 4 dni. Robiłem tylko questy główne. Za drugim razem grałem 2-3 miesiące i nie doszedłem nawet do pierwszego punktu zwrotnego. Tak jest rozbudowana fabuła!

Dużym plusem jest scenografia. Niby to tylko świat po apokalipsie, ale jednak robi olbrzymie wrażenie. Zwłaszcza, że przyjdzie nam zwiedzać realny, dość wiernie (choć w mniejszej skali) odzwierciedlony Waszyngton. Znajdziemy tu wiele charakterystycznych punktów takich jak pomnik Waszyngtona, pomnik Jeffersona czy Kapitol.

Muzyka to temat na osobny rozdział. W Fallout 3 możemy słuchać rozgłośni radiowych. W jednej z nich DJ`em jest Three Dog ( Krzysztof Skiba ). Muza jest przepiękna. Przeboje z lat 30`stych i 40`tych XX wieku. Zupełnie jakby czas się zatrzymał... świąteczna atmosfera i wielkokalbrowy karabin snajperski... idealna mieszanka.

Reasumując - jeżeli nie lubisz supermutantów (a kto je lubi?) i lubisz broń, prawdopodobnie Falllout 3 przywiąże Cię do komputera na parę ładnych dni, a Twoja dziewczyna/żona (niepotrzene skreślić) uzna Cię za świra.

Koleś chciał tylko odzyskać swój dywan...

Big LebowskiJest to pierwszy wpis na moim blogu poświęconym kulturze. Blog nie jest obiektywny. Będę pisał o tym, co mi się podoba. Z tej okazji pierwszy wpis traktować będzie o moim ulubionym filmie - Big Lebowski.

Film Big Lebowski w reżyserii braci Joela i Ethana Coen to komedia utrzymana w klimacie kina detektywistycznego. Główny bohater, - podstarzały hipis, który zwie się Kolesiem (Jeff Bridges)- wraca pewnego wieczoru z rundki kręgli. W domu czeka go przykra niespodzianka pod postacią dwóch osiłków próbujących wyciągnąć od niego forsę. Koleś nie należy jednak do ludzi, którzy mają forsę. Fakt iż forsę miałaby pożyczyć jego żona, także nie rzuca nowego światła na sprawę. Koleś nie ma żony.

Spotkanie podsumowane zostaje przez jednego z drabów stwierdzeniem, że mają doczynienia z jakimś nieudacznikiem podczas gdy drugi z nich oddaje mocz na dywan, który pasował do wnętrza. I tak zaczyna się właściwa intryga...

Za radą swojego przyjaciela - weterana z Wietnamu - Waltera Sobczaka (John Goodman) Koleś próbuje wyjaśnić sprawę. Wychodzi z założenia, że musi być jakiś drugi Lebowski, któego żona wisi komuś kasę, a ci kolesie nasikali mu na ten pieprzony dywan, który pasował do wnętrza...

Film obfituje w absurdalne, czarne poczucie humoru będące znakiem rozpoznawczym braci Coen (Fargo, To nie jest kraj dla starych ludzi). Wraz z rozwojem akcji poznajemy nowe okoliczności, które w gruncie rzeczy niczego nie wyjaśniają. Koleś wpędzony zostaje w intrygę tak mroczną i tajemniczą, że gdyby zdawał sobie z tego sprawę, spisałby dywan na straty i poprzestał na przygotowaniach do zawodów w kręglach.

Oprócz Jeffa Bridgesa i Johna Goodmana zobaczymy na ekranie także Steve`a Buscemi, Julianne Moore, Johna Torturro, Petera Stormare a także basistę Red Hot Chili Peppers - Flea.

Polecam ten film zwłaszcza tym wszystkim, którzy lubią komedie z zacięciem kryminalnym, ale nie płytkie, pozbawione głębszego dna i stylu. Ten film to majstersztyk konwencji podlany białym rosjaninem...